Reklama

Jak wilczur z labradorem podali sobie łapę

Drukuj

Jeżeli pył wulkaniczny może być podły, to uwierzcie mi, że z podłości potrafię zrobić gorszy użytek. Pył jedynie przypomina uziemionym podróżnym, że złość piękności lica szkodzi i przy całej swej dobroci, pomaga chmurkom odpocząć od fruwających machin.

Natomiast ja, w sposób mało subtelny, urżnęłam skrzydła… mojemu wilczurowi, w dodatku na całe trzy dni!

Aby zasłużyć na widok smutnego pyszczka oraz dyszących złością, wilczych oczu, wystarczy nadać miano członka rodziny małemu (obecnie wyrośniętemu i „utytemu”), czarnemu (tu nic się nie zmieniło), słodkiemu (w przerwie między złośliwym kąsaniem ulubionych japonek i wychuchanej roślinności) - labradorowi.

REKLAMA


W rasie psów na literę „L” zakochałam się po obejrzeniu reklamy… papieru toaletowego. Nie zważając na głównego bohatera spotu reklamowego, uwagę skupiłam na rozkosznie pląsającej, biszkoptowej „klusce”. Wtedy pomyślałam – „będziesz mój!”, zaś oczy nastroiłam wymowną siłą, która pomogła uzyskać poparcie domowników na zakup psiaka.

Nawet przez chwilę nie zastanowiłam się, że nabycie szczeniaka, może postawić w mało komfortowej sytuacji 7-letniego wilczura. Niby z jakiej racji, w owczarku miałaby zrodzić się ochota na oddanie części przywilejów „jedynactwa”? Dlaczego podłość babsztyla, ma prowadzić do rezygnacji z bycia jedynym oczkiem w kilku głowach?

Tylko ewidentny zanik empatii ludzko-zwierzęcej i kwitnąca nieczułość do pary z podłością, tłumaczy (ale nie usprawiedliwia) postawienie wilczka przed niewdzięcznym zadaniem – zostania niańką czarnego upiora.

Zanim 7-latek z godnością podjął się roli mentora przy wdrażaniu labradora w psie powinności, to bezwzględnie ukarał moją zakupową beztroskę, trzema dniami strajku. Psina nie jadła, nie szczekała i nie merdała ogonem. Cała armia wyrzutów sumienia przyprawiła mnie o dwa włosy koloru siwego.

Im bardziej czarnulek w dniach strajku wykazywał szczere zainteresowanie dorosłym, acz obrażonym psem, tym ten ostatni, dosadniej demonstrował niezadowolenie, a momentami - nawet lodowatą obojętność.

Zjawisko psiej zazdrości przypomniało mi, że het lat temu, w podobny sposób zareagowałam na pojawienie się w domu wrzeszczącego człowieczka, będącego moim bratem. Czyżbym była aż tak zwierzęca? Przecież to niemożliwe, by czworonożny nośnik pcheł, stał się tak „ludzkopodobny”…

Dziś jestem w pełni zadowolona z faktu nie bycia jedynaczką. A wilczur? Nie wiem. Zapytam o tę kwestię w Wigilię… W całej swej naiwności liczę, że nie opluje mnie jadem. Zyskał oddanego i pomysłowego kompana do psocenia, a wina rozłożona na dwoje jest mniej przykra. Ma towarzysza przy szamaniu. Wiadomo nie od dziś, że posiłek celebrowany we dwójkę smakuje lepiej. A na deser, przyplątał się wilczurowi jeszcze jeden bonus – zdobył autorytet nauczyciela szczekotu.

Maluch, w początkowej fazie edukacji, nie do końca zrozumiał, czemu ma służyć owe „dziamdzianie”. Ambicja zwyciężyła, więc szczekał na wszystkie, bliżej nieokreślone obiekty. Obserwując zabawnie brzmiące „hałknięcia”, można było dojść do wniosku, że powietrze nagrabiło sobie u szczeniaka w porównywalnym stopniu, co budowniczy autostrad u ekologów.

Dopiero po długim i żmudnym procesie korepetytorskim, labrador stał się psem z krwi i kości. Szczekot do powietrza, zamienił na figlarne poszczekiwanie, skierowane ku nadgorliwemu i zdziwionemu przejawem niesubordynacji, nauczycielowi.

I tak sobie trwają… przy napompowanej podłością kobiecie o dwóch siwych włosach.

Joanna Walicka

 

Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com

Komentarze  

 
+3 #1 ?Wojtas 2011-06-08 06:18
A tak w ogóle to o co chodzi ... ?
Cytować
 

Dodaj komentarz

Dodając komentarz oświadczasz, że akceptujesz regulamin dodawania komentarzy


Kod antysapmowy
Odśwież

Korzystamy z tzw. plików cookies w celach gromadzenia statystyk oglądalności. Ustawienia plików cookies możesz zmienić w konfiguracji przeglądarki. Więcej o polityce prywatności portalu