Reklama

Kiedy historia dzieje się na naszych oczach

Drukuj

Rok temu była piękna, słoneczna sobota. Miałam od dawna zaplanowany wyjazd do Krakowa. Łapałam na przystanku ciepłe promienie słońca, wyczekując spóźnionego busa do Warszawy. Wreszcie przyjechał, kilka minut przed 9.00.

Chwilę później, zadzwoniła przyjaciółka - „Słyszałaś? Rozbił się samolot z prezydentem”. Nie, nie słyszałam. Zdziwiło mnie, że nikt w autobusie o tym nie mówi, że z głośników leci jakaś dyskotekowa muzyka. Włączyłam radio w telefonie i tak zostałam z nim już do końca dnia, przeskakując ze stacji na stację, żeby czegokolwiek się dowiedzieć.

 

REKLAMA


Za chwilę wszyscy „wisieli” na słuchawkach. Z niedowierzaniem przyjmowali to, co przekazywały im osoby po drugiej stronie. Chyba większość Polaków chwyciła wtedy za telefon, bo przed 10.00 nie można się już było nigdzie dodzwonić. Był chaos i natłok informacji jednocześnie, ale obcy sobie ludzie potrafili podejść i powiedzieć „Była katastrofa”, „Prezydent nie żyje”. Nawet walka o miejsce w przedziale pociągu relacji Warszawa- Kraków była jakaś spokojniejsza. A w Krakowie na rynku tłum jak zawsze, ale wszyscy pogrążeni w smutku, w zadumie. Sięgali po wieczorne wydania dzienników i uciszali imprezujących Anglików. „Przepraszam, mamy żałobę”.

 

O II wojnie światowej, stanie wojennym, strajkach i obronie krzyża w Miętnem tylko czytałam, słyszałam z opowieści. Przyswajałam fakty, liczby, daty i nazwiska. Ale trudno było nawiązać z tymi wydarzeniami więź emocjonalną. Z katastrofą w Smoleńsku jest inaczej. Wiem, że za kilkanaście lat może nie będę umiała wymienić większości osób, które leciały tym samolotem, może nawet nie będę pamiętać, ilu dokładnie ich było. Nie zapomnę jednak tego ukłucia w sercu, kiedy przez Warszawę jechał pogrzebowy karawan, jeden za drugim, tego, że na chwilę, chociaż miało być na zawsze, znów byliśmy wspólnotą, bez względu na poglądy polityczne, tego, że wtedy każdy uśmiech, tak w naturalny sposób, był nie na miejscu. Pamiętam ten dzień minuta po minucie, myśli i łzy, które mimo woli płynęły po policzkach. Tego nie znajdę w żadnych książki, nawet w historiach spisanych w pamiętnikach. To jest możliwe tylko wtedy, kiedy historia dzieje się na naszych oczach…

I myślę teraz o przyszłych pokoleniach, które będą do matury uczyły się o katastrofie, przepychankach pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu i sporze o Wawel, ale trudno im będzie zrozumieć i poznać to, co było wtedy dla nas najważniejsze – uczucia. Nadzieja jednak w tym, że rozwój technologii pozwoli wiele zachować. Filmy, programy i nagrania bezpośrednio z tamtych dni za kilkanaście lat będą na wagę złota. Łzy prezenterów, gości zaproszonych do porannych sobotnich programów, zdjęcia ludzi przed Pałacem Prezydenckim chociaż w małym stopniu pomogą odtworzyć atmosferę z kwietnia 2010 roku.

Justyna Dybcio

 



tagi: felieton  Smoleńsk  
Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com

Komentarze  

 
0 #1 też tak pamiętam ten dzieńodpowiedzialny 2011-04-10 09:59
Też w tym dniu jechałem do Warszawy. Nie włączałem radia i dopiero, w Przychodni, do której jechałem - dowiedziałem się o tej niewyobrażalnej i nie do uwierzenia katastrofie. Na parę dni zostałem w Warszawie i pamiętam tę atmosferę w rozmowach z krewnymi i znajomymi, oraz przypadkowymi przechodniami. Ten smutek, żal i łzy wielu ludzi - jakąś atmosferę jedności w bólu i wzajemnego współczucia i smutku. To co potem zaczęło się dziać i dzieje do tej pory, w okół tej tragedii jest dla mnie nie do zaakceptowania.
Cytować
 

Dodaj komentarz

Dodając komentarz oświadczasz, że akceptujesz regulamin dodawania komentarzy


Kod antysapmowy
Odśwież

Korzystamy z tzw. plików cookies w celach gromadzenia statystyk oglądalności. Ustawienia plików cookies możesz zmienić w konfiguracji przeglądarki. Więcej o polityce prywatności portalu