Cartex

Za czym kolejka ta stoi?

Opublikowano: 31 marzec 2011, 23:51 Kategoria Moim zdaniem
felieton justynyciuchland

Tłum ustawiony przed drzwiami sklepu na długo przed jego otwarciem. Kolejka wije się, zakręca. Wśród oczekujących niepokój, lekkie zdenerwowanie… nie. Po prostu zdenerwowanie. Kartki w ręku – na mięso, na cukier. A co jeśli okaże się, że nic nie ma? Puste półki? Zero?

Znam to tylko z opowieści. Na szczęście nie poczułam szarej rzeczywistości PRL na własnej skórze. Żyłam ze świadomością, że te obrazki będę mogła zobaczyć tylko w telewizji , ewentualnie na zdjęciach. A tu proszę. Jak to mówią, w realu, przynajmniej raz w tygodniu, w naszym mieście, sceny jak za dawnych lat. Tylko asortyment nieco inny.

To już chyba trzeba nazwać fenomenem. Ciuchlandy najpierw zrobiły furorę na zachodzie, później zawitały do większych miast i na koniec z powodzeniem przyjęły się w takim miasteczku jak nasze. Zaczęłam je nawet liczyć, ale przy kilkunastu odpuściłam. Fakt, że w centrum miasta restauracja się nie utrzymała, a nie tak tani wcale ciuch radzi sobie świetnie też o czymś świadczy.

W sklepach pustki, chyba że właściciele zdecydują się na przeceny i wyprzedaże, a w ciuchlandach ruch jak w ulu. Tu dziś za pół ceny, tu za złotówkę, tam na wagę, a tu na sztukę. No i wreszcie … nowa dostawa, czyli wszystkie chwyty dozwolone. Ta pani odkłada, inna dyskretnie podbiera. Próżno szuka przymierzalni, ale… właściwie po co? Od kiedy jesteśmy wstydliwym narodem i nie możemy się przebrać gdzieś w kącie? Zresztą liczy się czas. W ogóle wizyty w second-handzie to niezłe zawody - najpierw ćwiczenie cierpliwości przez drzwiami, później konkurs na spostrzegawczość połączony z grą na czas, bieg z przeszkodami, podnoszenie ciężarów (koszyk wypchany po brzegi może naprawdę sporo ważyć), czasem przyda się też skok w dal i poker face – obowiązkowo. Nie daj po sobie poznać, że tam po prawo wisi prawie nowy sweterek Marks&Spencer za 8 złotych (na marginesie to już prawie tyle, co kilogram cukru). I ze sklepu wychodzi pan z panią i dwiema wielkimi reklamówkami.

I pewnie większość z was powie: to dlatego, że mamy kryzys. A i owszem. Od dwóch lat, ale nasze umiłowanie ciuchlandów to wcale nie jest efekt wdrożenia programów oszczędnościowych do domowych budżetów. Przynajmniej nie w całości. Ciuchland, w przeciwieństwie do Biedronki, nie jest sklepem dla biednych, albo inaczej – także lubiany przez bogatych. (Na dowód, że temat jest głębszy polecam tekst kolegów po fachu „Niunie z biurowców windują ceny w szmateksach” Metro 22 marca). Poza tym obawiam się, że dla wielu tournee po ciuchlandach staje się hobby, szafy wypełniają się rzeczami, których nigdy nie założymy. A pieniądze, które niby udało nam się zaoszczędzić, tak naprawdę wydaliśmy trzy razy.

Gdyby ktoś kilka lat temu powiedział, że w Garwolinie second-hand zrobi taką karierę, to pewnie większość z nas popukałaby się w głowę. A jednak. Przyszła moda, do której o dziwo, bardzo szybko się przekonaliśmy. Czy to źle? Nie, wręcz przeciwnie. W ciuchlandach nie widzę nic złego – wyjaśnienie dla wszystkich, którzy mnie spotkają, leniwie przewracającą wieszaki – tylko, czy od razu musi to przypominać walkę o towar deficytowy. Nie dziś, to jutro – też będzie dostawa.

Justyna Dybcio

 

Za czym kolejka ta stoi?

Tłum ustawiony przed drzwiami sklepu na długo przed jego otwarciem. Kolejka wije się, zakręca. Wśród oczekujących niepokój, lekkie zdenerwowanie… nie. Po prostu zdenerwowanie. Kartki w ręku – na mięso, na cukier. A co jeśli okaże się, że nic nie ma? Puste półki? Zero?

Znam to tylko z opowieści. Na szczęście nie poczułam szarej rzeczywistości PRL na własnej skórze. Żyłam ze świadomością, że te obrazki będę mogła zobaczyć tylko w telewizji , ewentualnie na zdjęciach. A tu proszę. Jak to mówią, w realu, przynajmniej raz w tygodniu, w naszym mieście, sceny jak za dawnych lat. Tylko asortyment nieco inny.

To już chyba trzeba nazwać fenomenem. Ciuchlandy najpierw zrobiły furorę na zachodzie, później zawitały do większych miast i na koniec z powodzeniem przyjęły się w takim miasteczku jak nasze. Zaczęłam je nawet liczyć, ale przy kilkunastu odpuściłam. Fakt, że w centrum miasta restauracja się nie utrzymała, a nie tak tani wcale ciuch radzi sobie świetnie też o czymś świadczy.

W sklepach pustki, chyba że właściciele zdecydują się na przeceny i wyprzedaże, a w ciuchlandach ruch jak w ulu. Tu dziś za pół ceny, tu za złotówkę, tam na wagę, a tu na sztukę. No i wreszcie … nowa dostawa, czyli wszystkie chwyty dozwolone. Ta pani odkłada, inna dyskretnie podbiera. Próżno szuka przymierzalni, ale… właściwie po co? Od kiedy jesteśmy wstydliwym narodem i nie możemy się przebrać gdzieś w kącie? Zresztą liczy się czas. W ogóle wizyty w second-handzie to niezłe zawody - najpierw ćwiczenie cierpliwości przez drzwiami, później konkurs na spostrzegawczość połączony z grą na czas, bieg z przeszkodami, podnoszenie ciężarów (koszyk wypchany po brzegi może naprawdę sporo ważyć), czasem przyda się też skok w dal i poker face – obowiązkowo. Nie daj po sobie poznać, że tam po prawo wisi prawie nowy sweterek Marks&Spencer za 8 złotych (na marginesie to już prawie tyle, co kilogram cukru). I ze sklepu wychodzi pan z panią i dwiema wielkimi reklamówkami.

I pewnie większość z was powie: to dlatego, że mamy kryzys. A i owszem. Od dwóch lat, ale nasze umiłowanie ciuchlandów to wcale nie jest efekt wdrożenia programów oszczędnościowych do domowych budżetów. Przynajmniej nie w całości. Ciuchland, w przeciwieństwie do Biedronki, nie jest sklepem dla biednych, albo inaczej – także lubiany przez bogatych. (Na dowód, że temat jest głębszy polecam tekst kolegów po fachu „Niunie z biurowców windują ceny w szmateksach” Metro 22 marca). Poza tym obawiam się

Za czym kolejka ta stoi?

Tłum ustawiony przed drzwiami sklepu na długo przed jego otwarciem. Kolejka wije się, zakręca. Wśród oczekujących niepokój, lekkie zdenerwowanie… nie. Po prostu zdenerwowanie. Kartki w ręku – na mięso, na cukier. A co jeśli okaże się, że nic nie ma? Puste półki? Zero?

Znam to tylko z opowieści. Na szczęście nie poczułam szarej rzeczywistości PRL na własnej skórze. Żyłam ze świadomością, że te obrazki będę mogła zobaczyć tylko w telewizji , ewentualnie na zdjęciach. A tu proszę. Jak to mówią, w realu, przynajmniej raz w tygodniu, w naszym mieście, sceny jak za dawnych lat. Tylko asortyment nieco inny.

To już chyba trzeba nazwać fenomenem. Ciuchlandy najpierw zrobiły furorę na zachodzie, później zawitały do większych miast i na koniec z powodzeniem przyjęły się w takim miasteczku jak nasze. Zaczęłam je nawet liczyć, ale przy kilkunastu odpuściłam. Fakt, że w centrum miasta restauracja się nie utrzymała, a nie tak tani wcale ciuch radzi sobie świetnie też o czymś świadczy.

W sklepach pustki, chyba że właściciele zdecydują się na przeceny i wyprzedaże, a w ciuchlandach ruch jak w ulu. Tu dziś za pół ceny, tu za złotówkę, tam na wagę, a tu na sztukę. No i wreszcie … nowa dostawa, czyli wszystkie chwyty dozwolone. Ta pani odkłada, inna dyskretnie podbiera. Próżno szuka przymierzalni, ale… właściwie po co? Od kiedy jesteśmy wstydliwym narodem i nie możemy się przebrać gdzieś w kącie? Zresztą liczy się czas. W ogóle wizyty w second-handzie to niezłe zawody - najpierw ćwiczenie cierpliwości przez drzwiami, później konkurs na spostrzegawczość połączony z grą na czas, bieg z przeszkodami, podnoszenie ciężarów (koszyk wypchany po brzegi może naprawdę sporo ważyć), czasem przyda się też skok w dal i poker face – obowiązkowo. Nie daj po sobie poznać, że tam po prawo wisi prawie nowy sweterek Marks&Spencer za 8 złotych (na marginesie to już prawie tyle, co kilogram cukru). I ze sklepu wychodzi pan z panią i dwiema wielkimi reklamówkami.

I pewnie większość z was powie: to dlatego, że mamy kryzys. A i owszem. Od dwóch lat, ale nasze umiłowanie ciuchlandów to wcale nie jest efekt wdrożenia programów oszczędnościowych do domowych budżetów. Przynajmniej nie w całości. Ciuchland, w przeciwieństwie do Biedronki, nie jest sklepem dla biednych, albo inaczej – także lubiany przez bogatych. (Na dowód, że temat jest głębszy polecam tekst kolegów po fachu „Niunie z biurowców windują ceny w szmateksach” Metro 22 marca). Poza tym obawiam się, że dla wielu tournee po ciuchlandach staje się hobby, szafy wypełniają się rzeczami, których nigdy nie założymy. A pieniądze, które niby udało nam się zaoszczędzić, tak naprawdę wydaliśmy trzy razy.

Gdyby ktoś kilka lat temu powiedział, że w Garwolinie second-hand zrobi taką karierę, to pewnie większość z nas popukałaby się w głowę. A jednak. Przyszła moda, do której o dziwo, bardzo szybko się przekonaliśmy. Czy to źle? Nie, wręcz przeciwnie. W ciuchlandach nie widzę nic złego – wyjaśnienie dla wszystkich, którzy mnie spotkają, leniwie przewracającą wieszaki – tylko, czy od razu musi to przypominać walkę o towar deficytowy. Nie dziś, to jutro – też będzie dostawa.

Justyna Dybcio

 

 

 

 

Za czym kolejka ta stoi?

Tłum ustawiony przed drzwiami sklepu na długo przed jego otwarciem. Kolejka wije się, zakręca. Wśród oczekujących niepokój, lekkie zdenerwowanie… nie. Po prostu zdenerwowanie. Kartki w ręku – na mięso, na cukier. A co jeśli okaże się, że nic nie ma? Puste półki? Zero?

Znam to tylko z opowieści. Na szczęście nie poczułam szarej rzeczywistości PRL na własnej skórze. Żyłam ze świadomością, że te obrazki będę mogła zobaczyć tylko w telewizji , ewentualnie na zdjęciach. A tu proszę. Jak to mówią, w realu, przynajmniej raz w tygodniu, w naszym mieście, sceny jak za dawnych lat. Tylko asortyment nieco inny.

To już chyba trzeba nazwać fenomenem. Ciuchlandy najpierw zrobiły furorę na zachodzie, później zawitały do większych miast i na koniec z powodzeniem przyjęły się w takim miasteczku jak nasze. Zaczęłam je nawet liczyć, ale przy kilkunastu odpuściłam. Fakt, że w centrum miasta restauracja się nie utrzymała, a nie tak tani wcale ciuch radzi sobie świetnie też o czymś świadczy.

W sklepach pustki, chyba że właściciele zdecydują się na przeceny i wyprzedaże, a w ciuchlandach ruch jak w ulu. Tu dziś za pół ceny, tu za złotówkę, tam na wagę, a tu na sztukę. No i wreszcie … nowa dostawa, czyli wszystkie chwyty dozwolone. Ta pani odkłada, inna dyskretnie podbiera. Próżno szuka przymierzalni, ale… właściwie po co? Od kiedy jesteśmy wstydliwym narodem i nie możemy się przebrać gdzieś w kącie? Zresztą liczy się czas. W ogóle wizyty w second-handzie to niezłe zawody - najpierw ćwiczenie cierpliwości przez drzwiami, później konkurs na spostrzegawczość połączony z grą na czas, bieg z przeszkodami, podnoszenie ciężarów (koszyk wypchany po brzegi może naprawdę sporo ważyć), czasem przyda się też skok w dal i poker face – obowiązkowo. Nie daj po sobie poznać, że tam po prawo wisi prawie nowy sweterek Marks&Spencer za 8 złotych (na marginesie to już prawie tyle, co kilogram cukru). I ze sklepu wychodzi pan z panią i dwiema wielkimi reklamówkami.

I pewnie większość z was powie: to dlatego, że mamy kryzys. A i owszem. Od dwóch lat, ale nasze umiłowanie ciuchlandów to wcale nie jest efekt wdrożenia programów oszczędnościowych do domowych budżetów. Przynajmniej nie w całości. Ciuchland, w przeciwieństwie do Biedronki, nie jest sklepem dla biednych, albo inaczej – także lubiany przez bogatych. (Na dowód, że temat jest głębszy polecam tekst kolegów po fachu „Niunie z biurowców windują ceny w szmateksach” Metro 22 marca). Poza tym obawiam się, że dla wielu tournee po ciuchlandach staje się hobby, szafy wypełniają się rzeczami, których nigdy nie założymy. A pieniądze, które niby udało nam się zaoszczędzić, tak naprawdę wydaliśmy trzy razy.

Gdyby ktoś kilka lat temu powiedział, że w Garwolinie second-hand zrobi taką karierę, to pewnie większość z nas popukałaby się w głowę. A jednak. Przyszła moda, do której o dziwo, bardzo szybko się przekonaliśmy. Czy to źle? Nie, wręcz przeciwnie. W ciuchlandach nie widzę nic złego – wyjaśnienie dla wszystkich, którzy mnie spotkają, leniwie przewracającą wieszaki – tylko, czy od razu musi to przypominać walkę o towar deficytowy. Nie dziś, to jutro – też będzie dostawa.

Justyna Dybcio

 

 

 

 

 

, że dla wielu tournee po ciuchlandach staje się hobby, szafy wypełniają się rzeczami, których nigdy nie założymy. A pieniądze, które niby udało nam się zaoszczędzić, tak naprawdę wydaliśmy trzy razy.

Gdyby ktoś kilka lat temu powiedział, że w Garwolinie second-hand zrobi taką karierę, to pewnie większość z nas popukałaby się w głowę. A jednak. Przyszła moda, do której o dziwo, bardzo szybko się przekonaliśmy. Czy to źle? Nie, wręcz przeciwnie. W ciuchlandach nie widzę nic złego – wyjaśnienie dla wszystkich, którzy mnie spotkają, leniwie przewracającą wieszaki – tylko, czy od razu musi to przypominać walkę o towar deficytowy. Nie dziś, to jutro – też będzie dostawa.

Justyna Dybcio

 

 

 

 

Komentarze  

0 #2 ..Darek 2011-10-21 09:21
niestety w naszym mieście mamy ciuchlandy, banki, zakłady fryzjerskie .. hmmm i coraz więcej lokali do wynajęcia .. :)
Cytować
+3 #1 ;)Gośka 2011-05-06 15:14
świetny artykuł. stałam kilka razy w tej kolejce i nie polecam:)
Cytować

Dodaj komentarz

Dodając komentarz oświadczasz, że akceptujesz regulamin dodawania komentarzy

Kod antyspamowy
Odśwież

Dzieje się!

12 grudzień 13:30
Kumple z dżungli 3D Kino
12 grudzień 16:00
Mikołaj w każdym z nas Kino
12 grudzień 17:30
Listy do M. 3 Kino
12 grudzień 20:00
Blade Runner 2049 Kino
14 grudzień 18:00
Twój Vincent Kino
14 grudzień 20:00
Botoks Kino
15 grudzień 14:00
Barbie: Delfiny z Magicznej Wyspy 2D Kino

Dzieje się!

12 grudzień 13:30
Kumple z dżungli 3D Kino
12 grudzień 16:00
Mikołaj w każdym z nas Kino
12 grudzień 17:30
Listy do M. 3 Kino
12 grudzień 20:00
Blade Runner 2049 Kino
14 grudzień 18:00
Twój Vincent Kino
14 grudzień 20:00
Botoks Kino
15 grudzień 14:00
Barbie: Delfiny z Magicznej Wyspy 2D Kino
15 grudzień 15:45
Barbie: Delfiny z Magicznej Wyspy 2D Kino

Ta strona używa tzw. cookies. Ustawienia możesz zmienić w preferencjach przeglądarki.